Miałam wszystkiego po dziurki w nosie. Nie spałam całą noc, zaangażowana przez dziecko do pracy bajkowego lektora. Psy zachęcone tą nocną aktywnością uznały, że przechadzka o godzinie drugiej to wspaniały pomysł. Po powrocie puściłam nawet "Czwartą nad ranem" Starego Dobrego Małżeństwa, licząc, że może sen przyjdzie... Nie przyszedł...
Gdy więc wybrałam się po południu na codzienny spacer z dzieckiem, rzucałam na prawo i lewo złorzeczeniami, licząc, że żaden z sąsiadów mnie nie usłyszy. Na domiar złego temperatura spadła do ośmiu stopniu Celsjusza i od rana padała mżawka, przed którą skrywałam się pod rozłożystym czarnym parasolem. Jeszcze tylko brakowało, żebyśmy zarówno ja, jak i moje dziecko złapali jakieś paskudne przeziębienie.
- Wielkiej odwagi wymaga, spacer codzienny w deszczu - usłyszałam nagle słowa, do których stylistyki profesor Miodek miałby z pewnością wiele zastrzeżeń. Pod rzędem choinek, na hamaku siedziała postać w lnianym płaszczu z założonym na głowę kapturem.
- Mistrz Yoda! - krzyknęłam i już miałam w podskokach, klaszcząc przy tym radośnie w dłonie, podbiec do ulubionej postaci filmowej z lat dziecięcych, gdy ta odwróciła się. Nawet gdyby nie była do końca podobna do bohatera "Gwiezdnych Wojen" jakoś bym to przeżyła. Przeprosiłabym za tę pomyłkę i poszła dalej w sobie tylko znaną stronę, ale na litość boską, to była kura!
W łapach, zakończonych ostrymi pazurami, trzymała dość ciężką książkę, w której intensywnym skrobaniem, zaznaczała co ciekawsze fragmenty.
- Tylko z naturą w zgodzie żyjąc, szczęście osiągnąć możesz - gdakała, wpatrując się we mnie jednym okiem.
- Weź się! - postanowiłam zabłysnąć erudycją.
- Hmm - zamyśliła się stara kwoka. - To nie tak powinno wyglądać. Jestem Złotym Ptakiem. Naprawiam i zmieniam na lepsze wszystko, czego tylko się dotknę... a tu klops.
- Jesteś kurą, kwoką, drobiem, a nie jakimś tam...
- ... Złotym Ptakiem! - przerwała mi napuszona niczym paw - Jestem Złotym Ptakiem. Nie waż się podważać słów światłej Pawlikowskiej - tu wyciągnęła książkę ku górze i zastukała w okładkę najdłuższym z pazurów - bo jak tylko wróci z dżungli, rzuci na ciebie urok! Ona jest szamanką!
- Podróżniczką, a nie szamanką.
- Gada ze swoim kotem, to musi być albo szamanką, albo wariatką!
- Też tak sądzę - odparłam, lecz nie starałam się określać, kim dokładnie jest autorka książki, którą kura trzymała w swych łapach, przywodzących na myśl krogulcze szpony. - Nie rozumiem tylko, czemu przebrałaś się za Mistrza Yodę.
- Bo kury nikt nie słucha! Kurze nikt nie uwierzy! - odpowiedziała spokojnie, choć w jej głosie wyczuwałam żal.
- W co niby?
- Potrafię wszystko naprawiać.
- Szukasz zatrudnienia, czy jak? - nie bardzo wiedziałam co mam odpowiedzieć.
Tymczasem kura pokiwała zrezygnowana głową, najwyraźniej zniechęcona moim brakiem wiary w jej umiejętności. Wyjęła spod prawego skrzydła jajko zabarwione na niebiesko, oznaczone cyfrą "jeden", spod lewego zaś w kolorze czerwonym z wygrawerowanym "zerem", po czym położyła je przede mną.
- Jeśli weźmiesz niebieskie, uznasz, że to, co się tutaj wydarzyło, było tylko snem. Pójdziesz dalej swoją drogą, złorzecząc na wszystko wokół. Lecz jeśli zdecydujesz się wybrać czerwoną, wówczas wszystko wokół nabierze kolorów.
- Co do diaska w nich jest?
- A nic... gospodarz dodaje nam do paszy ekstazy. Ale dzięki temu masz szansę przestać się zamartwiać i spodziewać na każdym kroku tego, co najgorsze. Więc jaka jest twoja decyzja?
- Kuro droga - zaczęłam i od razu ugryzłam się w język - to znaczy Złoty Ptaku. To żadna magia, lecz zwykła dealerka. Nawet za darmo tego od ciebie nie chcę. Udało ci się przekonać już kogoś?
- Wszystkich, którzy skrywali się pod czarnymi parasolami.
Spojrzałam w gęstwinę krzewów tuż za kwoką. Leżało w niej porzuconych co najmniej kilkanaście parasoli. Wszystkie w tym samym kolorze węgla kamiennego z polskich kopalni. Biorąc pod uwagę, że paręset metrów dalej zaczynają się nadodrzańskie wały, zapewne większość spacerowiczów, którzy zdecydowali się zjeść czerwone jajko, pływa teraz w rzece, nie zważając na jej warunki sanitarno-epidemiologiczne. Gdyby kura ulokowała się na terenie kampusu akademickiego, mogłaby nie nadążyć ze znoszeniem jaj.
Już miałam odejść, rozważając, czy donieść policji na przedstawicielkę świata drobiu i jej wątpliwie etyczną działalność, gdy zatrzymała mnie ponownie:
- Mam jeszcze groszek...
- Jaki znowu groszek? - zapytałam, choć obawiałam się, że to nazwa innego narkotyku.
- Zielony groszek. Jeśli go weźmiesz twoje życie stanie się mniej monotonne, ale i mniej bezpieczne. Pozbawione wygód, ale znacznie ciekawsze.
- Kuro szanowna, jestem świeżo upieczoną matką. Jeśli chciałabyś uczynić moje życie jeszcze ciekawszym, musiałabyś wywołać szereg nachodzących na siebie kataklizmów, a i wtedy czułabym się jak na wakacjach...
- Miejże litość! - Kura załamała skrzydła. - Jeśli nie zrealizuję planu sprzedażowego, będę mała przechlapane w kurniku...
- Dlaczego więc sama nie zjesz jajka albo groszku?
Kwoka wpatrywała się we mnie, przybrawszy pokerowy wyraz twarzy. Moja propozycja, iście kanibalistyczna, musiała ją najwyraźniej zszokować. Potrzebowała czasu, by przetrawić to, co właśnie jej zaproponowałam.
Po dłuższej chwili zaskrzeczała donośnie i zniosła kolejne, czerwone jajko. Spojrzałyśmy sobie głęboko w oczy i kiwnęłyśmy porozumiewawczo głowami. Kura zamknęła oczy, podrzuciła jajko do góry i połknęła w całości, gdy tylko grawitacja ściągnęła je w dół, wprost do dzioba.
Na moich oczach zaczęła się przeobrażać w Złotego Ptaka, którym faktycznie była, a czemu ja nie chciałam dać wiary. Zamachała mieniącymi się w słońcu skrzydłami i odleciała ku rzece, by tak jak kilkunastu właścicieli czarnych parasoli, zażyć beztroskiej kąpieli.
W miejscu, w którym przed chwilą stała, znajdowała się książka w grubej, pomarańczowej okładce, pełna ilustracji tak kolorowych, że wcale nie zdziwiło mnie, że musiał przy nim pracować ojciec z synem, by skończyć na czas. Wiedziałam, że nie muszę pytać kwoki o pozwolenie na to, by zawłaszczyć sobie zbiór trzech pięknych baśni. Będzie taplać się w brudnej wodzie, przynajmniej do pierwszych przymrozków.
I tak kończy się ta historia...
Mamuśka poleca:
Tytuł: "Baśnie dla dzieci i dla dorosłych"
Autor: Beata Pawlikowska
Ilustracje: Ryszard Dąbrowski, Michał Dąbrowski
Wydawnictwo: G+J RBA Sp.z o.o. & Co. Sp.k., 2013
O mnie

- Zaczytana
- Zaczytałam się do granic możliwości, Zaczytałam się zapominając o czasie. Zaczytałam się do tego stopnia, że sama zaczęłam pisać... Aby pisanie było MOJE stworzyłam własny gatunek literacki: mamuśka fiction. Jest to fantastyka literacka oparta o wydarzenia rozgrywające się w realnym miejscu i których bohaterem jest (nie)zwykła matka, Mamuśką zwana. Czyżby moje alter ego? Agata Christie powiedziała niegdyś, że zmywanie naczyń jest zajęciem tak głupim, że natychmiast rodzi w niej myśli o zabójstwie. Ja zaczęłam chodzić na długie spacery z niemowlakiem...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Dzień świstaka
Porządki wiosenne warto robić w środku zimy. Dzięki temu unika się huraoptymistycznego nastroju, który pozwala mózgowi sądzić, że ...

-
Na leśnej ławce siedział starszy pan, którego twarz bogato zdobiły zmarszczki. Odziany był w białą togę. Skubał zawzięcie dwoma poz...
-
Siedząc w karczmie na górskim stoku, popijałam herbatę z rozgrzewającym rumem i zachodziłam w głowę, jak to się stało, że tu je...
Bardzo lubię książki Pani Beaty :-)
OdpowiedzUsuńOna ma talent to przedstawienia w bardzo prosty sposób zagadnień filozoficznych, etycznych w bardzo prosty sposób. I to zrobiła właśnie w tej książce. Jak dla mnie rewelacja. Książka nie jest najnowsza, a ja wracam do niej co jakiś czas i czytam na nowo. Zawsze odkryję nowe, ukryte przesłania.
UsuńJak do tej pory nie czytałam jeszcze niczego Pani Pawlikowskiej, chociaż dość dawno widziałam ją kilka razy w TV.
OdpowiedzUsuńTwoja baśń mi się za to podoba.
A Mistrza Jodę uwielbiam. :)))
To jest niebywale sympatyczna postać. Nie znam nikogo, kto by go nie darzył sympatią.
UsuńPuk puk. Próba mikrofonu - o tak też mogę u Ciebie komentować, fajnie. :)
OdpowiedzUsuńWszystko działa, odbiór:)
UsuńCiekawa recenzja, a raczej w ciekawy sposób napisana. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńPisanie recenzji w klasycznej formie zostawiam tym, którzy się na tym znają. Ja umiem pisać opowiadania i w taki sposób chciałam również zaprezentować wam książki, które czytuję dziecku... i sobie przy okazji.
UsuńNiezwykła ta recenzja jeśli książka jest równie niezwykła to warto się skusić;)
OdpowiedzUsuńMoja recenzja to tylko namiastka tego co zrobiła Beata Pawlikowska. Warto z całą pewnością poczytać bajki jej autorstwa:)
UsuńFaktycznie nietypowa zachęta do czytania, jakby dwa w jednym:-)
OdpowiedzUsuńKlasycznych recenzji jest cała masa. Ja chciałam zrobić to inaczej, tak jak potrafię najlepiej, a więc opowiadając historie:)
UsuńHa ha ha !!! Wspaniała historia !!! Jak zwykle zaczytałam się bez pamięci... a Baśni Beaty Pawlikowskiej nie czytałam, więc chętnie po nie sięgnę. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńKobiecznie. Nie tylko dobrze się je czyta, ale również wyciąga wiele pożytecznych mądrości.
UsuńKoBiecznie. Zastanawiam się czy to nawiązanie do feministycznej wymowy książki, czy po prostu błąd w druku. Taki freudowski błąd.
UsuńBardzo lubię kalendarze pani Beaty.
Literówka to jest oczywiście, ALE jedno z opowiadań jest o poszukiwaniu własnej drogi, uciekaniu od przypisanych ról i główną bohaterką jest indianka. Może więc faktycznie Freud mnie nawiedził. Hmm to może być fajna inspiracja na kolejne opowiadanie. Dzięki:)
UsuńTwoja fantazja nie zna granic :) :) Lubię ksiązki Beaty P.
OdpowiedzUsuńPawlikowska zjeździła kawał świata. Ktoś kto poznał tyle różnych kultur i ma pisarskie zacięcie, musi siłą rzeczy pisać ciekawe książki.
UsuńŚwietnie to zrobiłaś, chodzi mi o zachęcenie, o Twoją recenzję, ale że z groszku zrezygnowałaś!!! No, jak mogłaś???
OdpowiedzUsuń:):)
Po fakcie zaczęłam żałować. Może to podświadoma awersja po recytowanym do upadłego wierszu "Kipi kasza, kipi groch"...
UsuńDziecko urodziło się pod szczęśliwą gwiazdą, bo ma taką mamę!Jej książka to mało! Wyjdzie na niepogodę, spotka mistrza Yodę i jeszcze dostrzeże kurę, co gdacze jak kwoka...Wiem, że mamy mają tylko nockę dla siebie, więc pracują 24 na dobę!
OdpowiedzUsuńBez wątpienia jest to najbardziej wymagająca praca. I do tego nie można złożyć wypowiedzenia, ani iść na urlop.
UsuńAle ta satysfakcja... :)